O możliwości pracy na statku jako trener personalny wiedziałem od prawie dwóch lat i nigdy nie przestałem o tym myśleć. W końcu mógłbym połączyć moje pasje do sportu i podróżowania. Podjąłem działania.

Aplikowałem na stronie internetowej , przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną, załatwiłem mnóstwo dokumentów i pojechałem na szkolenie do Londynu. Szkolenie było bardzo intensywne, pracowaliśmy od rana do nocy przez 3 tygodnie non stop bez choćby dnia wolnego. Było ciężko, nasz trener bardzo wymagający, ale szkolenie było bardzo wartościowe. Uczyliśmy się głównie technik sprzedażowych i obsługi klienta oraz prowadzenia zajęć i wykładów. Oczywiście wszystko w języku angielskim. Kursanci byli z całego świata Europy, przez Kolumbię i Tajwan. Praca w międzynarodowym towarzystwie jest niezwykle ciekawa i zabawna. Mieszkaliśmy w YMCA w 3 osobowych pokojach, mało miejsca, żelazna dyscyplina. Wszystko po to żeby przygotować nas do warunków na statku.

Po 3 tygodniach było trochę luźniej, czekaliśmy na informację, na który statek nas wyślą. Ponieważ był to okres świąteczny, musieliśmy czekać dłużej niż zwykle, gdyż nie było wakatów. Mimo to wspominam ten okres miło ze względu na wspaniałych ludzi.

W końcu po 6 tygodniach w Anglii, 2 stycznia, dostałem informacje. Za dwa dni lecę do Nowej Zelandii, a mój statek to Seabourn Encore. Szybko sprawdziłem w internecie i euforia sięgnęła zenitu. Ultra luksusowy statek. Destynacje wprawiły mnie w osłupienie. Zobaczę pół świata i odwiedzę kraje, o których mógłbym jedynie pomarzyć, ale teraz moje marzenia się spełniają, życie jest niesamowite pomyślałem. Dwa dni później samolot wzniósł się nad mroźnym Heathrow, i po międzylądowaniu w Doha po około 40 godzinach podróży dotarłem na statek w porcie w Auckland, gdzie był środek lata. Nie było czasu nawet na prysznic i jedzenie. Najpierw szkolenie z zasad bezpieczeństwa i po krótkiej przerwie prosto do pracy.

Początki są zawsze trudne. Zajęło mi 2 tygodnie, żeby poruszać się swobodnie po statku, gdzie strefa dla załogi wygląda wszędzie tak samo. Kabinę dzielę z trenerem jogi, jest niewiele miejsca, ale ponieważ dzień roboczy trwa 14 godzin, praktycznie się tam tylko śpi. Pracę zaczynam codziennie o 6:45 i kończę o 20:45. Rano prowadzę zajęcia, potem jest krótka przerwa na śniadanie, praca do południa, godzina przerwy na obiad. Zwykle jem bardzo szybko, żeby móc się trochę zdrzemnąć. Powrót do pracy, godzina przerwy na kolację i na koniec dnia ogarnięcie siłowni. Tak wygląda mój przeciętny dzień. Gośćmi są w większości Amerykanie, średnia wieku 70+. Ale są zadziwiająco sprawni i aktywni. W dni na morzu siłownia pęka w szwach.

Na statku nie ma dni tygodnia. Po paru dniach nie wiedziałem czy jest poniedziałek, czwartek czy sobota. Rozróżniasz tylko sea days, kiedy jesteśmy bardzo zajęci i mamy dużo pracy, port days, kiedy mamy nadzieję wyjść na zewnątrz, na statku jest luźno i spokojnie, oraz embaration day, kiedy przybywają nowi goście.

Wbrew pozorom praca na statku to nie są wakacje. Większość czasu ciężko pracujemy, mamy tylko półtora dnia wolnego na tydzień, zazwyczaj 3 połówki dnia, czasem jeden cały. Gdy czasem pracuję tylko 8 godzin, wydaje mi się, że to jest nic. Jest za to sporo plusów.

Nie płacę za wynajem, nie płacę za transport. Z pokoju do Spa mam 5 minut. Nie płacę za jedzenie, wynagrodzenie jest dobre i mogę dużo zaoszczędzić. Mogę asystować w wycieczkach dla gości i mam okazję zobaczyć wspaniałe miejsca.

Ciekawe jest, że ciągle zmieniamy strefy czasowe. Między Polską a Nową Zelandią było 13 godzin różnicy. Ciężko jest rozmawiać z rodziną, bo gdy zaczynam dzień, oni już śpią. Gdy płynąłem w stronę Australii, przestawialiśmy w nocy zegarek godzinę do tyłu i spaliśmy dłużej, by następnej nocy zmienić czas na naszą niekorzyść. Po pracy korzystam ze spa, siłowni, sauny i łaźni parowej. Czasami imprezuję w Crew Barze. Prowadzę też zajęcia dla załogi.
Zachody słońca na morzu to niezapomniane chwile. Widoki są niewiarygodne.

Do tej pory odwiedziłem Nową Zelandię, niezwykle piękną krainę, gdzie trawa wydaje się bardziej zielona, jest niezwykle czysto, natura zapiera dech w piersiach. Najbardziej podobało mi się miasteczko Tauranga, gdzie odkryłem piękną plażę, restauracje serwujące wyśmienite dania i cudowne wzniesienie, z którego można podziwiać cudowny widok na miasto. Warto wspomnieć o doskonałym nowozelandzkim winie.
W Australii, trzymałem na objęciach koalę, w lesie napotkałem kangura, spacerowałem po Melbourne, Brisbane i innych wspaniałych miastach oraz widziałem słynną operę w Sydney.
Timor Wschodni zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Bardzo biedny kraj choć urokliwy, targany ciągłymi wojnami od niedawna cieszący się niepodległością. Mimo biedy jest tam coś urzekającego, a ludzie wydają się piękni.
W Indonezji spełniłem swoje marzenia z dzieciństwa i zobaczyłem słynne Smoki z Komodo oraz podziwiałem cudowne krajobrazy na Bali.
W Tajlandii odprężyłem się podczas masażu tajskiego i jadłem wyśmienite potrawy.
W Indiach odwiedziłem niebywałe świątynie, skosztowałem najlepsze mango na świecie i kupiłem przyprawy na targu, po którym oprowadzał mnie jednoręki przewodnik.


W Omanie czułem się jak Aladyn. To miejsce przypomina baśnie tysiąca i jednej nocy. Bogactwo widać gołym okiem, ale klimat jest zdecydowanie bardziej romantyczny niż w Emiratach. Chociaż meczet Szejka Zajeda w Abu Dhabi robi wrażenie.
Płynąłem przez Kanał Sueski, żeby dotrzeć do Jordanii i Izraela. Postawiłem nogę w Ziemi Świętej i zostawiłem kartkę z życzeniami w Ścianie Płaczu.
W końcu dopłynęliśmy na Kretę. Niesamowite  jest to uczucie, gdy po wielu miesiącach wróciłem do Europy i mimo żę nadal daleko do Polski, to poczułem się jak w domu. Później było magiczne Mykonos, ze wspaniałymi białymi domkami i średniowieczne Rodos.
Po krótkim przystanku na Malcie dopłynąłem do Palermo.
Miejsca, które widziałem były niezwykłe. Jednak najwspanialsi są ludzie, których spotkałem.  To cudowne, że możliwa jest przyjaźń bez względu na język i pochodzenie. Od każdego wiele się nauczyłem.
Równolegle do podróżowania dookoła świata, podróżuję w najdalsze zakątki swojego umysłu i z pewnością nigdy nie będę tym samym człowiekiem który pierwszy raz wszedł na pokład.

Autor: Konrad Szybowski

 

Komentarze Facebook

Strona korzysta z plików Cookies w celu realizacji usług, zgodnie z Polityką Prywatności.